Jakie Twoje przekonania zmieniły się w drodze do Twoich osiągnięć / po Twoich osiągnięciach?











Zauważyłam, że osoby z czołówek olimpiad (a przynajmniej ich część) to są normalni ludzie. Kiedyś zaczynali swoją olimpijską przygodę i nie od razu byli mistrzami. Poza tym często też mają inne zainteresowania, nie tylko te naukowe. Na przygotowanie do olimpiady wcale nie poświęcają całego wolnego czasu. Tworzą społeczności, mają znajomych, a czasem nawet wchodzą w związki.
Przekonałam się, że jestem w stanie osiągnąć dużo więcej niż myślę, wystarczy odrobina regularności i cierpliwości.
Początkowo uważałem, że w konkursach najważniejsze będzie to, aby je wygrywać i zajmować jak najwyższe miejsca. Z czasem to się znacząco zmieniło, gdy zauważyłem, że te wszystkie konkursy dają nam możliwość poznania innych wyjątkowych ludzi, którzy są zainteresowani podobnymi tematami.
Teraz, po tym jak skończyłem już szkołę i zakończyła się moja przygoda z konkursami, uważam, że kluczową częścią konkursów jest to, aby dobrze się bawić i poznać ciekawych ludzi, a niekoniecznie aby je wygrywać.
Po pierwsze, zorientowałem się, że osiągnięcia nie są wyznacznikiem wartości człowieka i to, czy dobrze czy źle poszło mi na ostatnim konkursie, nie powinno wpływać na moją samoocenę. Poznałem również wielu zdolnych ludzi, którym powinęła się noga i osiągnęli mniej, niż mogłyby na to wskazywać ich umiejętności.
Nie zawsze więcej czasu włożonego w naukę przekłada się na lepsze wyniki, natomiast to właśnie zachowanie balansu między pracą a odpoczynkiem pozwala na osiągnięcie pełni swoich możliwości.
Po pierwsze: jeśli sam coś zaoferujesz, zdziwisz się, jak często ktoś zechce ci pomóc. Ludzie lubią mieć poczucie, że robią coś dobrego, i naprawdę kibicują ambitnym młodym osobom. Trzeba tylko dać im okazję - czyli napisać pierwszemu.
Po drugie: bez względu na zajmowaną pozycję każdy jest zwyczajnym człowiekiem. Ma gorsze dni, gubi się w mailach i przeważnie ma dostęp dokładnie do tych samych informacji co ty.
Autorytet z bliska wygląda znacznie mniej autorytatywnie i to jest bardzo ważne odkrycie.
Po trzecie, i to zajęło mi najwięcej czasu: w ambitnych środowiskach relacje bywają bardziej transakcyjne, niż się na początku wydaje. Nie znaczy to, żeby się nimi nie otaczać - wręcz przeciwnie. Znaczy tylko tyle, że warto wiedzieć, kto jest kim.
Kilka osób, na które faktycznie możesz liczyć, jest warte więcej niż setka kontaktów.
Myślę, że nabrałem pewnego rodzaju pokory, ale też bardziej zrozumiałem i doceniłem rolę „szczęścia” w odnoszeniu sukcesów.
Że ekonomia to nudne gadanie o niczym przy użyciu mądrych słów.
Oczywiście nomenklatura w ekonomii jest nadmierna, ale ekonomia nie jest kompletnie bez substancji.
Że ciężko jest mieć tytuł na Olimpiadzie.
W porównaniu do dostania się na studia z matury wydaje mi się, że tutaj wystarczy o wiele mniej pracy - przynajmniej jeśli chodzi o olimpiady, w których ja brałem udział. Chociaż to może być błędne odczucie.
Że nauka jest nudna.
Kiedyś tak myślałem. Teraz widzę, że jeśli przed tym, jak się uczysz, nie będziesz robił czegoś bardziej dopaminowego, to nauka jest wciągająca i pasjonująca.
Że wiedza i to, co mamy w głowie, to największa wartość.
Kiedyś nie lubiłem się uczyć, bo kazano mi się uczyć. Gdy zacząłem się uczyć tego, co chcę, z własnej woli, odnalazłem w tym sens - przede wszystkim przez postrzeganie nauki jako inwestycji długoterminowej. Moim zdaniem to, co mamy w głowie, to najbardziej wartościowe aktywo, bo decyduje o jakości całego naszego życia, nie tylko w kwestii zdobywania majątku, ale także dogadywania się z ludźmi i postrzegania świata, a to chyba w największym stopniu decyduje o odczuwanym szczęściu.
Na początku mojej drogi żyłem w przekonaniu, że kluczem do sukcesu jest bezustanna nauka, czyste zakuwanie teorii i idealne wpasowanie się w sztywny klucz odpowiedzi. Wydawało mi się, że muszę wiedzieć wszystko tu i teraz, spędzając nad książkami niezliczone godziny i dążąc do natychmiastowych rezultatów.
Przełom nastąpił podczas przygotowań do Międzynarodowej Olimpiady Ekonomicznej.
To właśnie wtedy zrozumiałem, że presja psychiczna, przemęczanie się i wkuwanie suchych, niepotrzebnych w życiu regułek nie prowadzą do rozwoju, a jedynie blokują potencjał. Dziś moje podejście całkowicie się zmieniło. Zamiast ślepego kucia pod schematy, zaufałem procesowi, systematyczności i prawidłowemu zrozumieniu świata.
Zrozumiałem, że w ekonomii chodzi o to, by widzieć ją w codziennym życiu i mieć z tego autentyczny fun.
Wierzę, że wszystko ma swój właściwy czas, a umiejętność odpuszczenia, dbanie o własną psychikę i radość z życia nie są przeszkodą w osiąganiu celów. Są fundamentem, który pozwala utrzymywać wysoką formę na dłuższą metę.
Myślę, że nie warto się załamywać pojedynczymi porażkami, bo każdemu zdarza się gorszy dzień.
Wnioski z ostatnich tygodni: czasem jednak warto postawić „jakość” w rozwiązywaniu zadań nad ilość, czyli dogłębniej przeanalizować problem i rozwiązanie, aby się jak najwięcej z tego nauczyć.
„W drodze” myślałem, że moje życie zmieni się o 180 stopni, kiedy osiągnę swój cel. Kiedy go w końcu osiągnąłem, zmieniło się o więcej, o całe 360 stopni. *żart matematyczny* Nic się to życie nie zmieniło, dalej jest tak samo, jak było wcześniej.
Nie ma jednak co się poddawać i mówić, że w takim razie to nie ma sensu. Całe nasze życie jest drogą, a my zawsze jesteśmy w drodze, dlatego postarajmy się pokochać tę drogę. W tym kontekście bardzo lubię powiedzenie:
Samuraj nie ma celu, samuraj ma drogę.
Pomóż nam tworzyć lepsze treści
Podziel się anonimową opinią - co dodać, co zmienić, a co usunąć.